Wyszłam za mąż
i nie wracam :)
2011-06-27 22:14:27
skomentuj (0)
W sobotę studniówka
Nie mam wyboru, muszę iść - doczekałam się klasy maturalnej :P
Próbuję znaleźć jakiś fajny lakier do paznokci. Wahałam się między ciemnym różem a różem cielistym. Odzwyczaiłam się od wyrazistych paznokci, to będzie cielisty.
Nie lubię tych "babskich" dylematów ;)
Oglądam sobie na zmianę Stargate 1 i Stargate Atlantis. Fajnie jest.
Umówione spotkanie z babamy zostało przeniesione na następny tydzień. Trochę szkoda, miałam ochotę na spotkanie pozapracowe. Mam nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze.
Za to "załatwiłam" coś innego :) Cieszę się z tego.
Minusem diety, poza lekką monotonią, jest fakt, że biust mi zmalał i nie mam pojęcia jaki noszę teraz rozmiar. "Stary" jest lekko za duży. Mniejszy okazał się dziś za mały. Może trzeba coś pośredniego znaleźć. Ale już raczej nie zdążę przed studniówką.
Malować paznokcie, na noc.. baaardzo mądrze :)
2011-02-02 23:41:45
skomentuj (0)
I nadszedł dzień ...
że znów mi się nic nie chce. Taki dzień nie sprawiający radości i nawet wizja spotkania wieczornego ze znajomymi jakoś nie cieszy. I zaraz do pracy trzeba. I znów nie ma słońca. I waga stanęła w miejscu (ale przynajmniej nie skacze w górę). I nie mam pojęcia, w co się ubrać. I tak.
11:00. Pora się zebrać :)
Miłego dnia. Po południu powinno być lepiej :)
2011-02-02 11:02:35
skomentuj (0)
Dawno, dawno temu..
za górami i lasami żyła sobie piękna księżniczka. Ale, że czasy się zmieniły, to i księżniczna zmieniła się w zwykłą dziewczynę.
Czas znów w deficytowych inościach. Powiedzmy. Bardziej - praca do późna (aż do 15:00), obiad, ogarnianie pracy na dzień następny, w tle kolejny odcinek serialu (aktualnie przeplatanie SG-1 i SGA) i późne chodzenie spać. Bo przecież do pracy nie na 8:00.
W poprzedni wtorek stuknął nam rok z Michałem. Świętowany w sobotę :P Dobrze mi z nim. Bez zmian. Nawet spokojniej, niż na początku. Plany ślubno - weselne i plan ułożenia listy "spraw do załatwienia i kiedy". Aż dziw, że to dotyczy mnie. Tyle czasu narzekałam na samotność, prawie zwątpiłam w to, że założę własną rodzinę.. a tu, zostało 4 miesiące, 3 tygodnie i 3 dni.. AUĆ :)
Z innej beczki. Dziwią mnie wciąż ludzie, którzy znają mnie całe wieki i mają mi za złe, że jestem sobą - taką, jaką znają. Nigdy nie twierdziłam, że jestem miła i sympatyczna. Od dawna mam świadomość, że zdarzają mi się wybuchy wredne i agresywne, często złośliwe i niesympatyczne. Raz na jakiś czas, coś się we mnie przelewa i wybucham. Na krótko i bez rykoszetów.
Koleżanka przestała się do mnie odzywać. Bo huknęłam na nią. Ale wg mnie, przegięła.
Jak ktokolwiek może powiedzieć, że mi coś kazał zrobić??? W tym wypadku chodziło o badania krwi (od połowy listopada jestem na diecie proteinowej i chciałam sprawdzić, czy nie robię sobie krzywdy, ale załatwianie tych badań zajęło mi miesiąc: ustalenie jakie badania - przypominałam sobie o tym, gdy nie miałam pod ręką komputera; odnalezienie labolatorium, które zmieniło miejsce postoju; przeczekanie tygodniowego przeziębienia i kolejnego tygodnia z "ciężkimi dniami". A ona wychodzi publicznie z tekstem, że to jej zasługa, że zrobiłam badania. A co ja jestem? Bezwolne zwierzę prowadzone na rzeź? Zirytowałam się i huknęłam, żeby nie przypisywała sobie cudzych zasług.
No to się obraziła, a na drugi dzień znalazłam w torbie na książki karteczkę od niej, że ma dość mojego grubiaństwa, że wszyscy widzą moją opryskliwość, że jestem mistrzynią w robieniu przykrości (owszem, jeśli już decyduję się zadać cios, to taki, żeby naprawdę bolał), że następnym razem narobi mi wstydu (wg posiadanych przeze mnie informacji - nie jest w stanie, ale mogę się mylić, a jeśli mylę się.. to nie wiem, czy powinna się na to porywać, bo znów może mnie ponieść i to ja narobię jej wstydu - a tego żałowałabym, bo ogólnie rzecz biorąc lubię ją i uważam za przyjaciela, a że ma wady, które czasem trzeba przetrzymać z zaciśniętą szczęką - któż takich wad nie ma?).. Nie napisała mi nic, czego jeszcze o sobie nie wiedziałam. Mam świadomość swoich wad, staram się z częścią z nich walczyć, ale są takie sytuacje, że zdrowiej jest pozwolić sobie na przekroczenie granic dobrego wychowania. Póki co, nie odpowiedziałam na karteczkę i nie mam chwilowo po co, Koleżanka, bez względu na to, co powiem, jak łagodnie i szczerze, weźmie sobie za bardzo do łba (oki, głowy, ona bardzo nie lubi określenia "łeb") i będzie w sobie przeżywać.. Problem z Koleżanką jest taki, że w sytuacjach konfliktowych nawet nie spróbuje zastanowić się, czy nie ma w tym jej winy. Oraz, czy "ofiara" jej działań "w dobrej wierze i ze szczerymi intencjami" chce tej pomocy. Ja nie chciałam, żeby mi mówiła, co mam robić i próbowałam dać jej to do zrozumienia - niestety mój przekaz był najwyraźniej niejasny, bo nie dość, że Koleżanka nie zaprzestała udzielania rad, to jeszcze przerywała mi w pół zdania i dodawała pogadankę nt. dlaczego powinnam zrobić tak, jak ona mi radzi i czym może grozić nie wykonanie tego.. A ja nie chciałam słuchać jej rad z bardzo prostych powodów - po pierwsze primo: jestem dorosła, niejedno w życiu widziałam i mam swój rozum, jestem osobą wolną i nie lubię, jak mi się nakazuje cokolwiek, po drugie primo: Koleżanka ma się za eksperta w sprawach życiowych, bo przecież od 3.ch lat jest mężatką, a od prawie 2.ch matką - co ja mogę wiedzieć - nie dość, że niemężata, to i niedzieciata; po trzecie primo: ten ekspert jest bardzo niewiarygodny, wiecznie narzeka, że się nie wyrabia z czymś, publika zauważa koszmarne niezorganizowanie i niepanowanie nad własnym życiem - jak w takim razie można udzielać rad, co ktoś powinien robić, żeby mu się dobrze żyło?
Naprawdę ją lubię, to mądra i inteligentna kobieta, ale odkąd wyszła za mąż i urodziła dziecko, jej świat ograniczył się do pracy i domu - tylko o tym potrafi rozmawiać (zanudziła mi Miśka, gdy byliśmy u nich z wizytą) i to często w formie narzekania.
Ach.. i stwierdziła czas jakiś temu, że jej nienawidzę, bo, jeśli dobrze zrozumiałam, miała depresję poporodową i była potwornie zmęczona byciem młodą matką (pierwsze słyszę, że kogokolwiek nienawidzę.. w całym moim życiu mogłabym wskazać jedną osobę, która zasługiwałaby na moją nienawiść, ale nie jest warta tego, żebym nagle to uczucie wprowadzała do mojego życia. Pomijam, że nie zgadza się ani wiek, ani płeć osoby-do-znienawidzenia). I nie dała sobie wytłumaczyć, że nie znam uczucia nienawiści - ona wie swoje i już.
Skoro wie.. to co ja się będę kłócić. Humoru mi to nie poprawi, conajwyżej zepsuje.
A co do mojego wysokiego mniemania o sobie i pogardy do ludzi... Wiem, kim jestem i nikomu niczego nie muszę udowadniać - powtarzam to od tylu lat i nie zmienię zdania (póki co). Nie gardzę ludźmi, tylko niektórymi ich cechami. Nie jestem w stanie nic poradzić na to, że nie lubię ludzi słabych, użalających się wiecznie nad sobą "tak mi źle, tak ciężko, klękajcie narody! urodziłam dziecko - doceńcie mnie".. Też potrafię użalać się nad sobą, zdrowy odruch, czasem człowiek potrzebuje, by się ktoś nad nim porządnie poużalał :) Ale ma to jakieś granice czasowe i służy odbiciu się od dna, a nie babraniu się w błocie w nieskończoność. Nie lubię zapatrzenia w siebie, chamstwa, oszukaństwa i marudzenia jęczącego - jeśli narzekam na coś, to po to, by zebrać siły do pokonania przeszkody, a nie wiecznie jęczeć, że mi się krzywda dzieje.. Albo coś mi przeszkadza i podejmuję odpowiednie kroki, by się tego pozbyć, albo przyjmuję, że muszę nauczyć się z tym żyć i staram się już do tego nie wracać.
Ale może ja dziwna jestem i mam za duże wymagania. I najwyraźniej jestem małotolerancyjna dla słabości ludzkich. Mea culpa!
2011-02-01 02:34:28
skomentuj (1)
Oki, Ewuś.
Data ślubu ustalona - 25. czerwca 2011r., godzina 19:00. W moim grajdołku.
Nie mam kiedy wybrać się do salonu i poszukać kiecki.
Przygotowuję się mentalnie do rozpoczęcia diety - nie z okazji ślubu, ale dlatego, że spódnice zrobiły się ciut ciasne. Przygotowanie polega na czytaniu o konkretnej diecie i zapoznawaniu się, co i kiedy będę mogła jeść :)
W planach jakiś basen etc.. Jak już koleżanka "się obrobi" :)
Trzy tygodnie bez Miśka - to za długo. Teraz będziemy razem przez ponad 4 doby. Mniam :)
Ewuniu, nie fochaj się.. proszę :)
2010-11-10 01:03:23
skomentuj (0)
Egzamin
Zdany. Rzecz jasna :) Ale stres był :P
2010-09-30 12:03:43
skomentuj (1)
Wiem, że większość pewnie nie zrozumie, ale..
Pewnego razu egzaminator zapytał studenta:
- Jak można zmierzyć wysokość budynku za pomocą barometru?
- To bardzo łatwe - odpowiedział student - trzeba wejść na dach
budynku, przywiązać barometr do długiego sznura i opuścić go tak, że
dotknie powierzchni gruntu; potem wystarczy wciągnąć go, mierząc długość
sznura - będzie ona dawała szukaną wysokość.
- Czy to jedyna metoda, jaką pan zna? - zapytał zaskoczony profesor.
- Ależ nie, można jeszcze, na przykład, zrzucić barometr z dachu
budynku, mierząc czas jego spadku na ziemię; potem wystarczy tylko
skorzystać ze szkolnego wzoru na drogę w spadku swobodnym.
- I to już wszystko , co pan wie na ten temat? - rzekł coraz bardziej zdenerwowany egzaminator.
- Znam jeszcze inne metody wyznaczania wysokości budynku za pomocą barometru - odpowiedział ze spokojem student.
- Proszę więc je podać - wykrzyknął zniecierpliwiony profesor.
- Można, na przykład, wchodząc po schodach na dach, przykładać
niesiony barometr do ścian klatki schodowej i zaznaczać kolejne jego
długości; potem wystarczy tylko policzyć te znaczki i to daje wysokość
budynku w jednostkach długości barometru. Można też, jeżeli dzień jest
słoneczny, zmierzyć długość barometru i jego cienia, a następnie długość
cienia budynku, skąd przez prostą proporcję obliczamy wysokość budynku.
Jeśli ktoś woli bardziej wyrafinowane metody, to może przywiązać
barometr do kawałka sznurka, żeby zrobić proste wahadło, a potem
zmierzyć okres wahań tego wahadła na powierzchni gruntu i na dachu
budynku. Wykorzystując wzór na okres wahadła, można wyznaczyć z tych
pomiarów efektywne wartości przyspieszenia ziemskiego, a stąd -
posługując się prawem grawitacji Newtona - w zasadzie obliczyć wysokość
budynku. Ale ja uważam - ciągnął dalej niezmieszany student, nie
zwracając uwagi na mdlejącego z wrażenia profesora - że najdokładniejszy
wynik otrzymałbym, zanosząc ten barometr do biura zarządcy budynku.
"Mam tu ładny barometr - powiedziałbym do zarządcy - i podaruję go panu,
jeśli poda mi pan dokładną wysokość budynku".
- Czy naprawdę nie zna pan konwencjonalnej odpowiedzi na zadane pytanie? - wyszeptał zrezygnowany egzaminator.
- Ależ znam, tylko to takie nudne, więc chciałem wymyślić coś bardziej oryginalnego.
**** tak mi dziś dobrze i naukowo :) Przekopuję internet w poszukiwaniu anegdot o fizykach i zaskakująco dużo znajduję :) ****
2010-09-29 22:31:53
skomentuj (0)
Już wiem
Egzamin wyznaczono na 27.go września, na godzinę 11:00.
Strach się bać.
Reszta moich strachów dotyczy planowanego ślubu i wesela - ale te strachy, choć na kilka dni, muszę odłożyć na bok. Jeśli się da.
2010-09-22 19:32:28
skomentuj (1)
Hm..
Wciąż nie miałam egzaminu. Ech.
Zaczął się kolejny, burzliwy rok szkolny. Zieeew.
Weekend z Miśkiem u moich rodziców. Mniam.
Słońce za oknem. MNIAM :D
I już :)
2010-09-03 08:42:41
skomentuj (0)
Oczekiwanie
na egzamin na nauczyciela mianowanego. Katorga, zwłaszcza że nie wiem, kiedy go będę mieć. Powinnam jakoś już, najpóźniej 31.go sierpnia. O terminie powinnam zostać powiadomiona przynajmniej na 14 dni przed. Dawno minęły te "14 dni przed", a informacji żadnej. W piątek zadzwoniłam do władz, ale akurat nie było pana zorientowanego, mam zadzwonić w poniedziałek. Suuuper.
Koleżanki mają egzamin we wtorek (też nie zostały powiadomione pisemnie, ale chyba którejś udało się trafić na pana zorientowanego). A ja.. ja "mam stresa". I lenia okrutnego, bo nie mogę się porządnie przysiąść do nauki.
Może dziś się uda - mam cały dzień dla siebie.
A jutro - pilnuję na maturze poprawkowej z biologii.
Będzie dobrze, prawda?
2010-08-22 08:36:54
skomentuj (1)